Wiadomość

Ciężkie życie hodowcy fretek, czyli o klientach słów kilka...

 

 

 

Tekst: Urszula Friede, Hodowla Domowa Fretek "Astarte"

[red.: JK]

Są pasje, które częstokroć przeradzają się w totalnego świra, a jedną z nich jest z pewnością hodowla fretek. Nieustanne zdobywanie wiedzy, pogłębianie tej, którą się już posiada, dbanie o zwierzęta i angażowanie się w różne rodzaje pomocy (w tym np. dla fundacji prozwierzęcych). Życie hodowcy fretek do łatwego nie należy na co dzień, a co dopiero od święta (czytaj: przed świętem). Przychodzi bowiem taki moment, w którym zgłasza się do nas potencjalny nabywca naszych zwierząt.

Każdy z nas chciałby, aby osoba, która decyduje się na zakup malucha z naszej hodowli, była tak samo pozytywnie zakręcona na tym punkcie jak my, oczywiście nie powinien być to warunek konieczny, aczkolwiek zawsze jest mile widziany. Tymczasem dzwoniących i mejlujących możemy podzielić na kilka kategorii, nieco z przymrużeniem oka, ale niestety na podstawie życiowych doświadczeń:

1. „Zielony” – czyli osoba niemająca zielonego pojęcia o fretkach, najczęściej rodzic ulegający namowom swojej latorośli w wieku dowolnym. Pierwsze informacje, jakie go interesują, to: „za ile” i „kiedy można odebrać”. Tutaj padają pytania: „Czy mają Państwo freDki” lub „kurzofredki” (przysięgam, często zdarzają mi się takie sytuacje!). Oczywiście takie osoby zawsze staram się uświadomić, jakim zwierzęciem jest fretka, jakie wiążą się z nią wydatki oraz wspominam o jej zachowaniu, którego nie powstydziłby się diabeł tasmański. Przede wszystkim jednak uczulam, że fretka to nie zwierzę dla małego dziecka.
2. „Świąteczni” – duże grono, które uaktywnia się głównie w okolicy świąt oraz komunii, jest oznaczone ogólnie jako „kupię na prezent”. Tutaj pytania typu „czy fretka będzie gotowa na maj” albo „czy mogę odebrać w grudniu” (czytaj: najlepiej za dwa dni, bo przecież Wigilia) albo pytania o fretki widoczne na zdjęciach na stronie hodowli – przecież są! (to nic, że wyraźnie podpisane jako fretki pozostające w hodowli, często już dorosłe i absolutnie nie na sprzedaż).
3. „Zorientowany” – czyli osoba, która dość dużo czytała o fretkach, wie nawet, że ich nazwę pisze się i wymawia przez „T”, więc rokuje jakieś nadzieje... Tu prawdziwa próba nadchodzi każdej wiosny (bo „zorientowany” wie, kiedy rodzą się młode) - a im bliżej sezonu rozrodczego, tym więcej telefonów i e-maili. Jednak często takie osoby mają już wyrobione, acz niekoniecznie poprawne, zdanie na niektóre tematy, takie jak kastracja, żywienie czy zachowanie („Kastracja? To przecież krzywda dla zwierzątka!”, „Śmierdzi? Przecież jak się wykąpie, to nie będzie śmierdzieć”). Jeśli uda nam się przekonać do swoich racji takiego „potencjalnego” to super, jeśli nie, to prawdopodobnie zmarnowaliśmy kolejne 30 minut życia.
4. Dzwonią i piszą też tak zwani „skąpi”, czyli po pytaniu „za ile?” automatycznie pada pytanie „czemu tak drogo?”. Kiedy zaczynam wyjaśniać, co wchodzi w skład „pakietu maluch”, zaczyna się drążenie, czy może bez szczepienia lub bez chipa nie byłoby taniej…? Hodowca robi w tym momencie kolejną kreskę na zmarnowanym czasie z życia.
5. Największe jednak wrażenie wywołuje na mnie grupa zwana roboczo „gbury i agresorzy”. Są to osoby, które na dzień dobry mają pretensje, że jeszcze nie ma maluchów (przepraszam, że nie steruję rują!), że nie odbieram telefonów w momencie, kiedy zadzwonią, że za drogo, że hodowla jest za daleko, że nie chcemy wysyłać maluchów kurierem itp.
6. Jednak zdarzają się też cuda. Wśród tych wszystkich telefonów i e-maili, jak jeden z dziesięciu, czy też raczej – szczęśliwy traf w lotka, zdarzają się „wymarzeni” – osoby z mniejszą lub większą, ale realną wiedzą na temat fretek, lub takie, które miały już fretki – i te osoby warte są każdej poświęconej im minuty. Ludzie chętni wysłuchać, co chce im się przekazać, zadający rozsądne i mądre pytania, wnoszący coś do rozmowy.

Dzięki takim ludziom hodowca wie, że to, co robi, warte jest odebrania tych telefonów i e-maili, po których chce się skoczyć z mostu (najlepiej tego najbliższego). Dlatego każdej osobie, która hoduje zwierzęta, bo je kocha, a nie po to, by na nich zarobić, życzę klientów z ostatniej grupy.


Kilka rad, jak nie denerwować hodowcy (nie tylko fretek):

- Sprawdź przed wykonaniem telefonu, co napisane jest na stronie internetowej – naprawdę są tam zazwyczaj zarówno informacje podstawowe (jak miejscowość), jak i szczegółowe (jak zasady rezerwacji czy sprzedaży).
- Pamiętaj, że hodowcy to też ludzie, czasami muszą wyjść do sklepu, łazienki (serio!), a nawet do pracy, bo hodowla, jeśli nie jest masowa, nie pozwala na utrzymanie siebie, domu i zwierząt na godnym poziomie. Jeśli hodowca nie odbiera telefonu po pierwszym sygnale, spróbuj zadzwonić później, wysłać sms lub poczekać, aż oddzwoni.
- Nie pytaj „czy może Pani polecić jakąś hodowlę” lub „co sądzi Pani o tych fretkach z Allegro”, bo to tak, jakby zadzwonić na infolinię Orange i zapytać, co sądzą o ofercie Play
- Oraz najważniejsze – jeśli chcesz dyskutować z osobą, która zajmuje się danym gatunkiem zwierząt od lat, to poczytaj najpierw o tych zwierzętach i zdobądź choć odrobinę rzetelnej wiedzy...

 

 

 

 

 

Najnowsze oferty